Ukochany,
To się nasila, z każdym dniem. Nigdy nie czułam się taka
bezradna. Nie mogę spać, nie mogę czytać, myśleć, siedzieć… Jesteś wszędzie. We
wspomnieniach, w marzeniach, w snach. Tylko nie obok. Każda cząstka mego ciała
woła o Ciebie z utęsknieniem. I może pozwoliłabym Ci usłyszeć to wołanie, gdyby
nie strach. Może przyszłabym do Ciebie z nadzieją, że wpuścisz mnie do środka i
otulisz w swych ramionach albo zadzwoniłabym chociaż i powiedziała, że nikt
nigdy nie był tak ważny… Ale ręce mam związane wątpliwościami. Bo czuję, że
mnie chcesz, ale nie możesz. I że ja Ciebie też chcę, lecz nie mogę. I to mnie
przeraża. To uczucie, które gaśnie w chwili, gdy mam Cię na wyciągnięcie ręki.
Uczucie, które daje o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach…
Nie wiem czy „kocham” to odpowiednie słowo. Nie wydaje mi się nawet, że wiem co to znaczy. I nie chciałabym wmawiać ani sobie, ani Tobie, że łączy nas przeznaczenie, bo chyba brak mi w to wiary. Ale jedyne czego jestem pewna, to że Cię POTRZEBUJĘ. Jak tlenu. I dobrze wiesz, że jesteś w moim życiu od zawsze. Tylko, że ja nie zawsze tego chciałam… Nie zawsze Cię potrzebowałam i nie zawsze darzyłam Cię tym samym uczuciem. Może gdyby nie to, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.
Niewątpliwie mnie do siebie przyzwyczaiłeś. Oswoiłeś i wyzwoliłeś – diabła. Pieściłeś i rozpalałeś moje ciało nawet nie czynami, lecz słowami. Po to, by teraz zagasnąć. Teraz, gdy jestem najbliżej poddania się. I za to Cię właśnie obwiniam. Że nie wiesz, kiedy powinieneś ustać przede mną i zatopić swoje usta w moich. I ja też jestem winna. Bo nie jestem w stanie Ci tego wyznać. Tylko niszczę siebie, bez litośnie.
Mój kochany kochanku, nieznający dnia. Słyszysz mnie?
Nie wiem czy „kocham” to odpowiednie słowo. Nie wydaje mi się nawet, że wiem co to znaczy. I nie chciałabym wmawiać ani sobie, ani Tobie, że łączy nas przeznaczenie, bo chyba brak mi w to wiary. Ale jedyne czego jestem pewna, to że Cię POTRZEBUJĘ. Jak tlenu. I dobrze wiesz, że jesteś w moim życiu od zawsze. Tylko, że ja nie zawsze tego chciałam… Nie zawsze Cię potrzebowałam i nie zawsze darzyłam Cię tym samym uczuciem. Może gdyby nie to, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.
Niewątpliwie mnie do siebie przyzwyczaiłeś. Oswoiłeś i wyzwoliłeś – diabła. Pieściłeś i rozpalałeś moje ciało nawet nie czynami, lecz słowami. Po to, by teraz zagasnąć. Teraz, gdy jestem najbliżej poddania się. I za to Cię właśnie obwiniam. Że nie wiesz, kiedy powinieneś ustać przede mną i zatopić swoje usta w moich. I ja też jestem winna. Bo nie jestem w stanie Ci tego wyznać. Tylko niszczę siebie, bez litośnie.
Mój kochany kochanku, nieznający dnia. Słyszysz mnie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz