Nie panuję. Nad niczym. Straciłam jakąkolwiek kontrolę. Nad sobą, nad nim, nad życiem. Nic już nie zależy ode mnie. Wszystko płynie jak chce, nie pytając mnie o zdanie. Pragnę, uwielbiam, kocham. Odpycham, nieznoszę, nienawidzę. Nie mogę znaleźć sobie miejsca. Wszędzie mi źle. Wszędzie za dużo myślę, za dużo mówię, za wiele chcę. I czuję, że umieram z każdym wspomnieniem. Serce przyspiesza, źrenice się rozszerzają, a płuca nie nadąrzają za oddechem. Mogłabym wtedy być w dwóch miejscach na raz. W dwóch światach - moim i jego. Mogłabym tam zginąć, byleby tylko czuć go obok. Byleby tylko posmakować tego szczęścia złem czynionym. Destrukcją samych siebie. Mogłabym z nim wszystko, z dnia na dzień, z nocy do świtu. I choć wiem, że niedługo uśpię tę bestię na chwilę lub dwie, to i tak wróci do mnie jak bumerang - podwójnie. I znów będę tu. Wychodzić z siebie i jednoczyć się. Umierać.
Niezliczona ilość żyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz