Autodestrukcja

Podcina mi skrzydła. Dopada w każdej chwili słabości. Dusi i poddusza. Nie opuszcza mnie na krok niczym cień najczarniejszy. Niszczy mnie - od zewnątrz i od środka. Zmusza do analizowania i rozkładania na części pierwsze każdego oddechu, by potem wmówić mi, że źle oddycham. Że cała jestem zła. Że wciąż nie wiem jaką melodię gra moja dusza i że nie dana mi jest siła, która poskromiłaby te przeciwności. Skazuje mnie na porażkę. Odbiera całą wiarę. Z precyzją chirurgiczną potrafi nacinać sumienie, kawałek po kawałeczku, i manipuluje mną jak marionetką zimną i bezduszną.
To ja. Doprowadzam się do autodestrukcji. I nie potrafię przestać.

Niech moje ciało obleje fala pewności. Niech opatuli mnie wiara z nadzieją. Niech wreszcie poczuję, że dobrze idę, i że wracać nie powinnam. Rządzą mną wątpliwości z niezdecydowaniem. Wciąż ślepo kocham się w idealności i błądzę pośród pustych butelek i przypadkowych ludzi... A to wszystko od momentu utraty Ciebie. I choć nie tęsknię już za Tobą aż tak bardzo i nie pragnę Cię z powrotem to gubię ścieżki nie mając Cię obok. Przyjaciółko - zniszczyłaś mi życie.
Ale już wstaję. Już się podnoszę i idę dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz