Coraz dalej, a jednak wciąż tak blisko brzegu - mętnego i zmarnowanego, opanowanego przez nic niewarte jednostki... Pragnęłam odnaleźć początek, który byłby tylko mój, wykreowany na własny sposób. I niby go mam, ale nie czuję, że to on. Przecieka mi przez palce, przesypuje jak piach w klepsydrze. Gonię za chorymi ambicjami i postanowieniami fałszywie zgodnymi z własnym sumieniem. Dlaczego fałszywie? Bo z dnia na dzień stwierdzam, że trochę mi brak złych nawyków. Ale dzięki temu udowadniam sobie swoją siłę i determinację, bo mimo tęsknoty ja do nich nie wracam. Panuję nad nimi. Panuję nad sobą. Panuję nad życiem. Może to tylko złudny sen i może w głębi duszy wciąż daję się ponieść chwilom ulotnym jak martwe plotki, ale ludzie dostrzegają tylko to co na zewnątrz - czyli osiągnęłam sukces. Nie karmię ich swoją wyidealizowaną osobą popełniającą masę błędów, jak towar z defektem. Karmię ich nicnierobieniem, a to już coś, bo choć ja się zmieniam to oni wciąż są tacy sami - wciąż tak samo głodni...
Kochają mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz