Zaginęła!

Zaginęła. Przepadła jak kamień w wodę. I daremnie jej szukam, bo nadzieja moją matką - usypia mnie i budzi. A ona błądzi, sama. Beze mnie. Na końcu świata, a może tuż za mną. Woła bezdźwięcznie, a ja nie słyszę. Trzaski butelek, szum wody, łamanie plastiku. Wdech, wydech, krzyk. I nic. Tylko ciemność z blaskiem gdzieś na końcu, do którego odwracam się plecami. Nie chcę iść. Jeszcze nie. Nie póki jej nie odnajdę, nie przytulę, nie otrę łez, które jak grochy plamią jej niewinną naiwność. I strachem burzona, przez obawy łamana wciąż nie zdjęłam maski. Nikt nie wie jakie fobie we mnie siedzą, jakie świństwa we mnie kwitną i co za grzechy we mnie gniją. Jeden tylko głupiec ciekaw szaleństwa przeze mnie skrywanego szkodzi mi, przeszkadza, plącze pod nogami. Nie wie jak bardzo zła dla niego okaże się ciekawość. Nie chodzi nawet o pierwszy stopień do piekła, bo to tylko jeden stopień do mojego mieszkania. Oh wszechświecie, pozwól ocalić chociaż jego!
I boję się. Że jej nie odnajdę. Że już nikt mnie z tego nie obmyje. Że ta ciemność w końcu mnie pochłonie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz