Nie mam już nic. Przestaję kimkolwiek być, cokolwiek chcieć. Tak bardzo wszystko jest nie ważne. Tak bardzo obojętna jest ta rzeczywistość, niby mnie otaczająca, a wcale nieistniejąca. Wylewam się z siebie do ściekowej kratki. Spuszczam siebie w publicznej toalecie. Trafiam tam, gdzie niżej już upaść nie można. Wyzbywam się wszystkiego, co mogłoby w jakikolwiek sposób mnie dotknąć, pogłaskać... To zło. Usypia czujność. Gładzi dłonią szyję, na której już od dawna mam ze strachu gęsią skórę. Szepcze coś do ucha. Że nie warta jestem, że niezdolna, niewystarczająca dla nikogo. Że nie mam już szans, powodów, miejsca... Lubi to. Moje wymiotowanie wszystkim dookoła. Lukrowanym światem o smaku cyjanku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz