Przesiadka.

Nikt tu nie bywa, ale pozostawię to dla jakieś roztrzaskanej duszyczki, która przypadkiem zabłądzi i postanowi rozpatrzeć lub być może osądzić to, co działo się w póki co najgorszym emocjonalnie momencie w moim życiu...


  • Mam teraz wszystko. Wszystko co chciałam. Wszystko o czym śniłam. O czym marzyłam...

  • Mam spokój. Pieprzoną równowagę. Cholernie upragnione ustatkowanie.

  • Mam tego, o którym niegdyś pisałam, że złamałam mu serduszko. Że stoi u mnie na półce. Że patrzy na mnie jako na najzimniejszą z najzimniejszych... Mam tego, który usilnie pragnął wplątać się w tę pokręconą grę, którą sama stworzyłam. Tego, który właśnie o mnie myśli, bo spoglądam na godzinę szesnastą szesnaście. Tego, którego podobno nie potrafiłam pokochać...

  • Mam zagubiony i poszukiwany od wielu lat rozsądek. Jego kochankę moralność, która hulała z nim nie wiadomo gdzie, jakby nie było piekła.

  • Mam wygraną walkę z nałogami. Z nałogami, które niszczyły mnie na zewnątrz i od środka. Które pozwalały na chwilowe wędrówki bez bagażu.

  • Mam błysk w oczach. Tak samo niewinny jak kiedyś. Niezmącony niewiernością.

  • Mam siebie. Taką, jaką chciałam. Wymarzoną. Jak malowana lalka, wymarzona przez małą, naiwną dziewczynkę. Mam siebie taką, na jaką zasłużyłam. Szanującą siebie i innych. Kochającą siebie i innych. Wierną sobie i innym. Taką, która jest w stanie dostrzec szczęście. Która jest w stanie być szczęśliwa...


Moje poukładanie trwało bardzo długo. Mogłabym to liczyć w latach. Ale nie śmiem powiedzieć, że nie było warto. Dotarłam do końca, już nawet jakiś czas temu. I natykając się dzisiaj przypadkiem na "sztuczności" postanowiłam oficjalnie zakończyć tę podróż. Nie stałam się człowiekiem idealnym. Absolutnie nie uważam się za takiego nawet w najmniejszym stopniu. Najważniejszym dla mnie osiągnięciem jest nauczenie się żyć ze sobą i ufanie sobie. Nauczyłam się dozować sytuacje, w których te zaufanie zostaje zachwiane, w których odbiegam od celu. Konsekwentnie odmawiam sobie wszelakich zdarzeń źle na mnie wpływających i eliminuje z mojego życia osoby zagrażające mojemu spokojowi. Boję się powiedzieć, że nigdy nie wrócę już do takiego stanu, z którym zmagałam się podczas pisania i dużo dużo wcześniej, bo mam świadomość, że los jeszcze nie raz postawi mnie przed takim problemem. Mam tylko nadzieję, że będąc bogatą w owe doświadczenia poradzę sobie z nim znacznie szybciej i łatwiej. Tak tak... Nic w życiu nie jest łatwe, ale traktuję to jako nową umiejętność, która ćwiczona przez tak długi czas nie będzie sprawiała mi już problemów.
Do zobaczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz