Dwie noce minęły jak jeden, nieprzerwany sen. Koszmarem był dzisiejszy poranek skąpany w deszczu i lenistwie. Bo najchętniej to bym wyzbyła się wszystkich zegarków i nie liczyła żadnej z chwil z nadzieją, że czas stanął. Ale czymże byłaby radość, która trwałaby wiecznie? Czy nie rutyną by była i zwyczajnością? Gdybym tylko nauczyła się cieszyć nie tylko wewnątrz. Gdybym potrafiła doceniać... Łatwiejszym byłoby rozstanie, bo już by je myśl o powrocie przyćmiła. I z dnia na dzień bym żyła, pochłonięta odliczaniem do kolejnego spotkania z Panią Radością.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz