Kochałabym...
Kocham czwartą nad ranem z kubkiem kawy w dłoni, na przeszywającym moje ciało swoim zimnem parapecie. Kocham bycie samą w tej chwili i możliwość swobodnego tłumaczenia sobie pewnych niewyjaśnionych w moim życiu spraw, choć równie dobrze mogłabym w tym czasie być przykuta do łóżka ciężkim, upragnionym snem. Kocham muzykę, którą słucham siedząc w półmroku, której nie słucha nikt. I kocham szary, niezmierzony nonsens, istniejący sobie za dzielącą mnie od niego szklaną szybą. Nawet łzy kocham, które same cisną się do wpatrzonych w "nicość" oczu, bo przejawem szczęścia są, że nareszcie sama jestem i dla siebie tylko. Bo pragnąca bliskości samotności pragnę i pogodzić tych dwóch sprzecznych westchnień nie mogę, nie potrafię, nie umiem. Ale kochać kochałabym bardziej stan własnego umysłu niż obecność obcego ciała. Gdyby tylko istniał taki kąt, mój własny...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz